Slayers – tom 1 – rozdział 1 – część 1

Tom I – Rubinooki

Rozdział 1: Nocą wszystkie bandziory są ponure
(część 1)

Tak więc przedzierałam się pędem przez las, a banda krwiożerczych zbójów deptała mi po piętach.

Pytacie dlaczego mnie ścigali? No więc jest to długa i nudna historia, a poza tym tam skąd pochodzę nie jest niczym dziwnym bycie gonionym po lesie przez bandy krwiożerczych zbójów. Zwłaszcza kiedy jest się mną.

Gdybyście naprawdę potrzebowali dowiedzieć się dlaczego, powiedziałabym wam. Ale nie musicie wiedzieć. Właściwie, to lepiej dla was, żebyście nie wiedzieli. Słuchajcie, to może wam zepsuć całą historię, jasne? A nie chcecie chyba zepsuć sobie tej historii, prawda? Oczywiście, że nie chcecie.

No więc na czym to skończyłam, zanim mi tak nieuprzejmie przerwano? A tak: przedzierałam się pędem przez las, a banda krwiożerczych zbójów deptała mi po piętach.

No dobra, może ukradłam coś tym bandytom. Zadowoleni? Możliwe, że zakradłam się na ten ich biwak i poczęstowałam się malutkim, tyciutkim ułamkiem ich łupów i niewykluczone, że to ich nieco wkurzyło. Myślę, że to mogło mieć coś wspólnego z powodem, przez który teraz mnie gonili. Może.

To była ledwie garstka złotych monet, przysięgam! A oni chcieli mi za to urwać głowę. Jak można być tak skąpym? Nie żebym kiedykolwiek słyszała o szczodrych bandytach. Ale mimo wszystko…

Możemy kontynuować?

No więc przedzierałam się pędem przez las, a banda żądnych krwi zbójów deptała mi po piętach. Byli jeszcze kawał drogi za mną, ale oni zasuwali na męskich i krwiożerczych nogach, kiedy ja – eee – pląsałam na moich filigranowych stópkach – No co?! Moje stopy filigranowe! – więc wiedziałam, że moja przewaga długo się nie utrzyma.

Nie mając żadnych planów awaryjnych w pogotowiu, zatrzymałam się by zerknąć na okolicę spod kaptura i ocenić dostępne opcje. Drzewa po obu stronach drogi rosły zbyt gęsto, żeby między nimi biec. Nawet w środku dnia nie widziałabym na pół metra przed siebie.

Bandyci zbliżali się, a ich żądza krwi zatruwała atmosferę. Nawet ptaki wyczuły niebezpieczeństwo i przestały śpiewać. Byłam w pułapce!

Wiecie, kiedy mówiłam o drodze, miałam na myśli coś w rodzaju ścieżki. Wyglądała ona, jakby wyciął ją sobie przez las za pomocą maczety ktoś, kto uważa chodzenie gęsiego za dobrą metodę podróżowania. Po obu stronach rosły gęste krzaczory, a myśl o toczeniu w nich bójki niezbyt mnie pociągała.

Znając okolicę lepiej niż ja, wróg mógł zajść mnie z flanki lub otoczyć. Nie będąc pewna, jak się sprawy mają, postanowiłam chwilowo zachowywać się jak grzeczna dziewczynka. Musiałam jednak coś powiedzieć, żeby ich wypłoszyć.

„Wiem, że tam jesteście,” – zawołałam, gryząc się w język, żeby stłumić sarkazm.

„Czołem, dziewuszko.”

Któż to mógł być tym razem? Zastanowiłam się. Gadający szkielet? Zombi? Nie. Kto by pomyślał, że wasz przeciętny łysy oprych z opaską na oku miał dość tupetu, żeby nazywać mnie „dziewuszką”? A to ci niespodzianka.

Może pewności siebie dodawał mu  jego jakże straszny wizerunek bandziora? Świadom, że dbałość o wygląd to w pierwszej kolejności dbałość o skórę, łysol postarał się o brązowy blask – zapewniony dzięki nacieraniu skóry czymś, co sądząc po smrodzie mogło być tylko wieprzowym tłuszczem. Nosił wdzianko bez rękawów udekorowane sejmitarem, osiągając styl wrzeszczący „JESTEM OBRZYDLIWYM, PASKUDNYM OBWIESIEM!” I pomimo tej aparycji brutala, facet miał najwyraźniej zamiar zagadać mnie na śmierć.

„To co nam zrobiłaś nie było miłe,” zawarczał.

Serio, geniuszu?

„A teraz jesteś tu całkiem sama, zdana na naszą łaskę.” Oblizał wargi.

Błee… Fuj!

„Ale teraz możesz się uspokoić,” powiedział, i zademonstrował uśmiech tak tłusty, że niemal ściekał mu z twarzy. „Nie szukam z tobą zwady, dziewuszko. Wyglądasz na taką, co ma ostre ząbki, cza przyznać, a szramy po walce z panną nie są powodem do chwały.”

„Masz niezłe jaja jak na dziewuszkę, cza przyznać. Podziwiam to. I technikę godną profesjonała – wpadasz i zaczynasz miotać czarami na prawo i lewo, podpalasz całą metę, smażysz szefa na skwarkę i kiedy zadyma jest już w toku, wkradasz się do skarbca i wymykasz z łupem. Jako profesjonał, muszę rzec, że byłem pod wrażeniem.”

Eee… Wcześniej chyba jakoś uciekł mi ten fragment z pożarem i szefobójstwem, prawda? Strasznie przepraszam. To pewnie też miało coś wspólnego z powodem, dla którego mnie ścigali. No cóż, „dobry bandzior to martwy bandzior”, jak zwykłam powtarzać.

„Załatwiłaś nas bez mydła. Najpierw mieliśmy zamiar dogonić cię i wywrzeć okrutną zemstę, na miarę naszej złej reputacji, ale gdziesik po drodze przyszło mi na myśl, że może istnieje lepsze wyjście, hmmm…? Może powinnaś się do nas przyłączyć, co? Co ty na to, dziewuszko?”

Przyłączyć się do was? Po samej rozmowie z tobą będę musiała się wykąpać, kretynie.

„Będziesz musiała zwrócić łupy, jasne, ale jeśli tylko zgodzisz się pójść z nami, uznamy, że to całe zabijanie szefa nie pisze się w rejestr.”

Udałam, że się zastanawiam.

„To niekiepski interes,” kontynuował. „Można by to nazwać pokojowym roszszczygnięciem komfliktu, dogadaniem się w trudnej sytuacji. Zasada nawzajemnych ustępstw: użyczasz nam swoich talentów i w zamian masz własną bandę. Oddajesz nam nasze łupy i w zamian nie przestajesz oddychać. Niekiepski interes, nie? Co ty na to?” powiedział, z uśmiechem jak świeżo otwarta rana.

Już rozumiem, pomyślałam. Zanim sprzątnęłam ich przywódcę, łysol musiał być numerem dwa. Więc tak naprawdę wyświadczyłam mu przysługę. Nie szuka zemsty, chce tylko odzyskać skarby i włączyć moje wyjątkowe talenty do swojego arsenału. I jeszcze pewnie wpadłam mu w oko. Kto mógłby go za to winić? Na jego nieszczęście, obowiązuje u mnie ścisły zakaz zwrotów po odejściu od kasy, no i nie jestem aż tak zdeprawowana, by dołączyć do szajki złodziei.

Czy potraficie sobie wyobrazić, że każdego ranka taki facet wita was słowami „Jak się masz, dziewuszko?” Dziękuję, postoję. Dziewczyny, widziałyście kiedyś takiego księcia na białym rumaku, jakiego obiecywały nam powieści przygodowe? Czy w morzu obwiesiów nie mógłby trafić się choć jeden?

Jak widać nie. Cóż, pomarzyć zawsze można.

„Lepiej decyduj się szybko, dziewuszko. Nigdy nie wiadomo, jakie zbiry mogą się czaić w tej zapadłej okolicy. To nie miejsce na sny na jawie.”

Ten facet był naprawdę wygadany. Pamiętajcie, że nie odezwałam się ani słowem, odkąd zaczął nawijać. Stałam tak w milczeniu, a on gadał i gadał. I gadał. I gadał jeszcze trochę. Dlaczego mężczyźni tak kochają dźwięk własnego głosu?

Akurat kiedy zaczął hamować na „Więc, dziewuszko, jak będzie?” wyczułam inną obecność zbliżającą się do nas. Hmmm…

„Nie ma szans,” burknęłam najniższym głosem jaki potrafiłam z siebie wydobyć bez nadwyrężania strun głosowych i tupnęłam znacząco, żeby podkreślić moje stanowisko.

„Ach, ty mała…” warknął i zatrzymał się z rozdziawionymi ustami, kiedy jego malutki móżdżek usiłował równolegle przetworzyć uczucia gniewu i rozczarowania. Wielozadaniowość zdecydowanie nie była jego mocną stroną i wysiłek sprawił, że zrobił się cały czerwony na twarzy. Przysięgłabym, że nawet para poszła mu z uszu.

„Ty mała…” Spróbował ponownie.

Wreszcie odnalazł słowa, których szukał: „Ty mała, arogancka suko!”

Och, brawo. Rozumiem, czemu zajęło ci to tyle czasu.

„Składam ci hojną propozycję, a ty ciskasz mi ją w twarz?! Za tę zniewagę nakarmię cię twoją własną wątrobą! Na nią, chłopcy!”

Na te słowa z lasu wynurzyli się bandyci, otaczając mnie. Dziesięciu chłopa.

„Dziesięciu? To wszystko?” Tak mi się jakoś wymsknęło. Nie chciałam być nieuprzejma, ale dziesięciu? Bez żartów. To było obraźliwe. Pewnie, tych dziesięciu nadymało się i prężyło muskuły, żeby pokazać jacy to oni twardzi, co w pewnym stopniu doceniam, ale bądźmy poważni. Dziesięciu chłopa? Zupełnie, jakby nie pokładali we mnie żadnej wiary. To smutne.

„O nie, to nie wszystko, dziewuszko. Nasi kamraci w krzakach mierzą teraz do ciebie z łuków. Jeden mój znak i BDZIĄG! Zrobią z ciebie jeża. Masz teraz ostatnią szansę, żeby ocalić skórę.”

Amatorzy. To były bezczelne kłamstwa. Będąc zarówno genialną czarodziejką jak i biegłą wojowniczką potrafię bezbłędnie wyczuć, kiedy ktoś do mnie mierzy. Gdyby wzięto mnie na celownik, wiedziałabym o tym. Te kurze móżdżki do pięt mi nie dorastały i zaczynałam odczuwać już nudę, gdy nagle…

„Czy mam poczekać, aż ściągniesz więcej swoich kumpli, żebyśmy mogli stoczyć uczciwą walkę?”

Obecność, którą wyczułam wcześniej! Wszyscy odwróciliśmy się, żeby zobaczyć, kto rzucił ten docinek. Samotny wędrowny najemnik wynurzył się spomiędzy drzew. Promienie porannego światła igrały na ostrzu jego miecza.

Mógłby ktoś ściągnąć tu chórek aniołów?

Ten mężczyzna stanowił wzbudzającą zachwyt wizję cudownej cudowności. Był wysoki, był jasnowłosy i czy wspomniałam już, że był wysoki? Jego napierśnik wykonany był z łusek czarnego węża żelaznego, a sądząc po mieczu musiał nieźle zarabiać na życie jako archetypiczny szermierz: szybki i zwinny. Mówiłam już, że był wysoki, prawda? A wspomniałam, że był przystojny?

„Drobna rada, chłopaki: jeżeli zerwiecie się teraz do rączego biegu, to może kilku z was zdoła nawet dobiec do kamienia spod którego wypełzliście, zanim was dopadnę i wybiję jak szkodniki, którymi jesteście. Jeden albo dwóch może nawet zdoła ujść z życiem. Oczywiście o ile zaczniecie biec natychmiast.”

Całkiem niezła groźba, pomyślałam.

Paplający łysy potwór parskał, pluł się i jąkał, aż w końcu odparował, „A kim ty jesteś, żeby tak wypełzać z lasu i przerywać nasze delikatne negocjacje swoimi obrzydliwymi groźbami?”

„Nie mam zamiaru brukać mojego imienia, podając ci je,” odparł blondyn.

Auć. Trzeba przyznać, to było raczej niskich lotów. Szczerze mówiąc, od tego momentu cała sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej oklepana i ciężka do zniesienia. Nie żebym miała jakiś wybór, bo niby gdzie miałam pójść? Stałam więc tam jak kołek z miną jakbym ugryzła cytrynę i mniej więcej tak się czułam.

Nie powinnam chyba narzekać. Przecież każda dziewczyna marzy o przystojnym bohaterze, który wybawia ją z opresji, prawda? Co z tego, że mogłabym dać sobie radę sama, a rzeczony wybawiciel nie miał aż tak ostrego języka, jak to sobie wyobrażałam? Dziewczyna nie może być zbyt wybredna w tych trudnych czasach, czyż nie? Tak, wiem, zostawmy to, dobrze?

„Ty mały…”

O nie… Myślicie, że tym razem lepiej mu pójdzie?

„Ty bezczelny szczeniaku!”

Niestety nie.

„Teraz was oboje nakarmimy waszymi wątrobami! Na nich, chłopcy!”

Nareszcie rozpoczęła się walka.

Zastanawiałam się, czy nie pomóc chłopakowi, ale nie chciałam go zawstydzić. Poza tym, bohaterka powinna zajmować się bieganiem w kółko i piszczeniem przeraźliwie cienkim głosem, nie? Inaczej jaki w tym wszystkim sens?

Jeszcze nigdy nie robiłam tego całego ‚biegania i piszczenia’ i muszę wam wyznać, że jeżeli kiedyś będziecie mieli okazję, to warto spróbować. To dużo większa frajda, niż można by się spodziewać.

W każdym bądź razie piszczałam jakby stawką było moje życie i udawałam, że nie wiem, co się wokół mnie dzieje. Niestety, cała zadyma zakończyła się strasznie szybko. Złotowłosy oczywiście zwyciężył.

Zdyszany i promieniejący chwałą, przedarł się przez pobojowisko i stanął przede mną. „Wszystko w porządku, panienko?” zapytał patrząc mi prosto w oczy. Po raz pierwszy przyjrzał mi się uważnie, spijając moją urodę i… odebrało mu mowę.

Nie chcę się tu przechwalać, ale muszę przyznać, że grzeszę urokiem. Mam wielkie, okrągłe oczy i rumianą twarz, wieńczące zgrabne, małe ciałko o drobnych proporcjach. Biedak nie miał żadnych szans.

Westchnął – z zachwytu i pożądania, byłam tego pewna. Kiedy wreszcie przemówił, odezwał się cicho, jakby mamrocząc modlitwę. Był to ledwie słyszalny szept i gdybym nie była uzdolnioną czarodziejką i nie posiadała związanego z tym fachem czułego ucha, pewnie w ogóle bym go nie usłyszała. Ja to mam szczęście!

„No świetnie. To jakiś dzieciak.”

Jakiś dzieciak? No dobra, to trochę zabolało.

Ale czekajcie – to jeszcze nie wszystko!

„Tak to się właśnie kończy, kiedy człowiek nie przyjrzy się uważnie sytuacji, tylko od razu szarżuje. Znaczy, ja lubię dzieci. Chcę dawać im dobry przykład i w ogóle, ale bez przesady. Walczyłem z dziesięcioma oprychami! Dziesięcioma! Czy to tak wiele, liczyć by pewnego dnia po tym wszystkim czekała na mnie dziewczyna? Jakaś niezła laska? Cała w skowronkach i pełna wdzięczności… czy to zbyt wygórowane marzenie? Najwyraźniej tak. A teraz muszę się jeszcze opiekować Małą Panną Deską.”

Uch!

No dobrze, muszę przyznać, że nie mam zbyt rozwiniętego biustu jak na swój wiek. I nie jestem zbyt… zbyt wysoka. No dobra, jestem niska. To chcieliście usłyszeć? Jestem niska i płaska. To jakiś problem? Przynajmniej mogę szybko biegać, a ubrania dobrze na mnie leżą. Duże piersi są przereklamowane, jeżeli chcecie znać moje zdanie.

Cholera! Dlaczego zawsze trafiają człowieka w czuły punkt?

Jestem pewna, że nie wiedział, że go usłyszałam. Normalna osoba nie byłaby w stanie, ale moje uszy są, na dobre i na złe, czułe jak u elfa. Tego dnia zdecydowanie na złe. Auć.

Mimo wszystko gość pomógł mi w ciężkiej sytuacji, więc czułam się zobligowana wyrazić wdzięczność.

„Dź-dziękuję bardzo” wyjąkałam, uśmiechając się najszerzej, jak tylko mogłam.

„Ależ nie ma za co.” Odpowiedział mi czymś w rodzaju uśmiechu. „Nic ci się nie stało, dziewczynko?”

Dziewczynko?! O bogowie…

„Wiesz, dzieci nie powinny chodzić same po takiej groźnej okolicy. Podróżowałaś z ojcem, czy z kim? Zgubiłaś mu się?”

Grrr… „Nie, nie… Ja – eee – wędruję samotnie.”

Może to ta złota grzywa przesłaniała mu widok? No bo gdybym to ja była na jego miejscu, od razu zorientowałabym się, że ta cudowna istota przede mną nie jest jakimś bezbronnym dzieciakiem.

„Cóż, nie chciałbym, żeby spotkała cię jakaś krzywda. Może odprowadzę cię do domu, złotko?”

No nie… Jedną cholerną chwileczkę-!

„Gdzie mieszkają twoi mamusia i tatuś?”

Grrrrrr! „Ee, jestem całkiem sama. Właściwie to nigdzie nie mieszkam… Zmierzałam właśnie w kierunku Atlasu-”

„Rozumiem. Nie musisz niczego tłumaczyć. Widzę, jak mają się sprawy. Znaleźliśmy się w trudnej sytuacji, co?”

„Co?”

„Widzę, jak się sprawy mają. Każdy ma swoje powody,” powiedział irytująco protekcjonalnym tonem.

„Nie, hmm, nie wydaje mi się, żebyś rozumiał.”

„Och, rozumiem to o wiele lepiej niż myślisz.”

Że co?! Myślę, że nie rozumiem co ty myślisz, że ja myślę, że ty nie rozumiesz!

Patrząc wstecz, sądzę, że on myślał, że uratował bezbronną małą dziewczynkę która musiała radzić sobie sama w życiu z powodu jakiejś strasznej tragedii. Wtedy wydawało mi się, że będzie powtarzał te same pocieszenia, aż umrze na bezdech, albo ja umrę ze wstydu. Jedno z nas musiało to przerwać.

„Nie, naprawdę wszystko w porządku. Doceniam pańską troskę, ale nie jestem ofiarą losu. Wyruszyłam w świat, żeby szukać przygód.” Powiedziałam prawdę – co, nawiasem mówiąc, było dla mnie prawdziwym wyczynem!

„Ależ ja nie chcę wtykać nosa w nieswoje sprawy. Naprawdę nie musisz silić się dla mnie na żadne wymówki, panienko.”

No to już naprawdę przegięcie. Raz w życiu nie robię wymówek!

Nie wiedziałam już, co mu odpowiedzieć.

„W takim razie może pozwolisz, panienko, że odprowadzę cię do Atlasu i zadbam, byś dotarła na miejsce bezpiecznie?”

Zły pomysł. Zły pomysł. Zły. Pomysł.

„Ależ proszę pana, n-nie, nie… nie ma potrzeby, żeby się pan tak fatygował! N-nie mogłabym…”

Nie żartowałam. Miasto Atlas oddalone było o DZIESIĘĆ DNI DROGI. Nie mogłam sobie wyobrazić spędzenia dziesięciu dni z Panem Spostrzegawczym przy moim boku dwadzieścia cztery na siedem i nieulegnięcia pokusie dokonania mordu z zimną krwią.

„To żaden problem,” zapewnił. „Wydaje mi się, że potrzebujesz przyjaciela.”

Najwyraźniej czuł się bardzo zobowiązany.

I tak rozmowa toczyła się przez jakiś czas. Ja się sprzeciwiałam. On sprzeciwiał się mojemu sprzeciwowi. Ja rozumiałam, dlaczego to robi, ale sądziłam, że on mnie źle zrozumiał. On szanował moje rozumowanie, ale sądził, że źle rozumiałam jego zrozumienie. Aż w końcu, pomiędzy rozumieniem, nierozumieniem, sądzeniem i sprzeciwianiem, głowa zaczęła mi pękać i przestało mnie obchodzić, kto ze mną pójdzie, jeśli tylko zaczniemy w końcu iść.

Nie minęło nawet dwadzieścia minut, nim znów postanowił się odezwać. „Nie wydaje mi się, żebyśmy się sobie przedstawili. Nazywam się Gourry i, jak się zapewne domyśliłaś, jestem wędrownym szermierzem.

Zastanowiłam się, czy nie użyć aliasu, ale szczerze mówiąc, byłam zbyt zmęczona, żeby dostrzec w tym jakiś sens.

„Nazywam się Lina. Jestem… wędrowcem.”

I już. Podałam swoje prawdziwe imię. No i jestem wędrowcem. Może i opuściłam parę istotnych szczegółów. No to co? Gourry dowiódł już, że nie jest wścibskim typem. Zdążyłam się domyślić, że kupiłby każdą bajeczkę na mój temat jaką zechciałabym mu sprzedać, co zresztą było dla mnie jego wielką zaletą.

Może i nie był pierwszy w kolejce, kiedy rozdawali mózgi, ale przynajmniej wydawał się porządnym facetem. Serce na właściwym miejscu i tak dalej.

Nie odstawiał żadnych numerów w rodzaju „Hej panienko, może ty i ja wyruszymy razem na wspólną wyprawę, he-he-he…” Ueee, fuj. Gdyby okazało się, że ma jakieś nieprzyzwoite pobudki, przerobiłabym go na karmę dla trolli. Ale on wydawał się szczerze o mnie martwić, więc nie za bardzo mogłam być wobec niego niemiła. I nawet nie zachodził mi za skórę aż tak, jak się tego obawiałam. Mimo to perspektywa bycia traktowaną jak małe dziecko aż do Atlasu nie wróżyła dobrze żadnemu z nas. Nie, żebym chciała, żeby ze mną flirtował, czy coś. Ja tylko… Sama się wkopuję, prawda? Dobra, nieważne. Pozostańmy przy: Wydawał się porządnym facetem.

Ciąg dalszy nastąpi…

8 Responses to “Slayers – tom 1 – rozdział 1 – część 1”


  1. 1 Delf 09.09.09 o 20:31

    Przepraszam, że nie uprzedziłem, czym się zajmuję, ale nie chciałem zepsuć niespodzianki.

    Prosiłbym wszystkich stałych lurkerów o komentarze, bo nie jestem jeszcze pewny, jak długo to będę ciągnął. Materiał jest fajny, ale czasożerny i nie bardzo daje się kroić na mniejsze porcje.

  2. 2 Dwarf 10.09.09 o 10:57

    Mnie tam się podoba. Czyta się dobrze. Chciałbym więcej, nie ukrywam.

  3. 3 Meee 10.09.09 o 18:23

    Twoje własne tłumaczenie?

    Przeczytam na pewno jak będę miał dłuższą chwilę😉

  4. 4 Delf 10.09.09 o 20:06

    Moje własne, z angielskiego.

  5. 5 Meee 12.09.09 o 17:01

    Nie zaczyna się zdania od „tak(/a) więc” !! Niczego cię prof Małek nie nauczył?!

    Znalazłem coś takiego „Oddajesz nam nasze łupy i w zamian my nie przestajesz oddychać.”, bo muszę się w końcu do czegoś przyczepić, nie?

    Ogólnie bardzo dobre imo

  6. 7 Delf 12.09.09 o 20:07

    Dzięki.

    Zgodnie z zasadą, że dowcipów się nie wyjaśnia, nie wyjaśnię, że zaczęcie zdania od „tak więc” było celowe.😛

    Tamten drugi fragment był przerabiany kilkakrotnie, miałem straszne problemy ze stylizacją szefa bandytów i nadal nie jestem z niej zadowolony. Zaraz wytnę to „my” i będzie w porządku.

  7. 8 Sergiej Jesienin 15.09.09 o 09:40

    Zatem tak… First order of bussiness – „Moar!”

    I naprędce sklecony limeryk niezwiązany z niczym

    There once was a man called Delf
    who put all his projects on shelf
    Along came Pawlit
    with fists made of concrete
    and problem has solved by itself !

    What do you mean it’s not a „Bad Poetry Jam”? Why do you call security ? What’s with the pepper spr… Aaaarrghh…!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




Kategorie

Archiwa


%d bloggers like this: